43 proc. Polaków je mniej lub w ogóle nie je mięsa – wynika z raportu agencji IQS. 1% stanowią osoby, które nie sięgają nawet po produkty zwierzęce, kolejny 1% ci, którzy nie jedzą mięsa, ale jedzą ryby. Najliczniejszą grupę stanowią osoby, które ograniczają ilość mięsa i decydują się na nie tylko okazjonalnie. To tak zwani fleksitarianie.
Fleksitarianizm – co to?
Pojęcie użyte po raz pierwszy przez Lindę Anthony w 1992roku, nazywa dietę polegająca na ograniczeniu spożywania produktów mięsnych – bez radykalizmów i całkowitego eliminowania mięsa.
Na „elastyczny wegetarianizm” decydujemy się z różnych powodów. Jak wynika z raportu, niektórzy robią to dla zdrowia, inni decydują się ze względu na obawy o faktyczny skład mięsa. Prawie co 4 osoba nie je mięsa lub ogranicza je ze względów etycznych. Fleksitarianie nie chcą przyczyniać się do masowej hodowli zwierząt, bo – jak twierdzą – mięso produkowane na szeroką skalę wiąże się z ogromnymi kosztami, takimi jak cierpienie zwierząt czy konsekwencje ekologiczne.
Większa świadomość
Jednak fleksitarianizm to coś więcej niż dieta. To trend związany ze stylem życia. Oznacza zazwyczaj wyższą świadomość, wiąże się z presją bycia zdrowym, FIT, ekologicznym. To właśnie dzięki temu aspiracyjnemu charakterowi jego siła oddziaływania jest tak duża. Już dziś mówi się o już konsekwencjach finansowych tego zjawiska. Wzrost popularności jedzenia wegetariańskiego oraz wegańskiego ma wpływ na wiele dziedzin naszego życia: na rynku zaczynają się pojawiać nowe bezmięsne produkty instant, a na mapie miast przybywa wegetariańskich knajp.
Wraz z fleksitarianizmem rośnie też zjawisko premiumizacji mięsa. Kupujemy mniej i rzadziej, ale stawiamy na jakość i wydajemy na nie więcej pieniędzy. Dobre mięso znaczy droższe mięso z pewnego, ekologicznego źródła.