Autorem najstarszych znanych nauce doniesień na temat rzekomego monstrum pływającego w Loch Ness był Kolumba – irlandzki opat i misjonarz. Miał on rzekomo dostrzec tamtejszego potwora w 565 roku, o czym wiele lat później, bo w okolicach 700 roku, pisał inny opat: Adamnan.
Czytaj też: W Morzu Karaibskim znajduje się gigantyczny otwór. Naukowcy dostrzegli tam niepokojące zjawisko
Według historycznych zapisków duchowny w postaci Kolumby miał być świadkiem sytuacji, w której sporych rozmiarów zwierzę zaatakowało żeglarza pływającego po wodach drugiego największego jeziora w całej Szkocji. Mężczyzna ten miał przetransportować na drugą stronę zbiornika ciało innego człowieka, który został zabity przez rzekomą bestię. Kolumba w pewnym momencie zobaczył, jak sternik przewożący zwłoki sam pada ofiarą potwora, lecz ten uciekł, gdy misjonarz nakazał mu odejść.
Oczywiście tego typu relacje brzmią niezbyt przekonująco, ale faktem jest, że historia monstrum mającego zamieszkiwać ten zbiornik jest imponująco długa. Prawdziwy rozkwit tej legendy nastąpił jednak znacznie bliżej czasów obecnych, bo w latach 30. i 40. ubiegłego wieku. Właśnie wtedy do lokalnej prasy trafił artykuł opisujący spotkanie z tym przerażającym mieszkańcem Loch Ness, do którego doszło na lądzie.
Z każdym rokiem historii przybywało, podobnie zresztą jak zwolenników i przeciwników teorii o istnieniu potwora, który miał siać postrach w tej części kraju. Z czasem pojawiły się rzecz jasna technologie pozwalające na poszukiwanie Nessie – bo tak nazwano to zwierzę – na naprawdę szeroką skalę. Różnego rodzaju sonary i kamery miał sprawić, że opowieści o przerażającym osobniku zostaną zweryfikowane raz na zawsze.
Historie dotyczące Potwora z Loch Ness mają niemal 1500 lat. Wielki rozgłos sprawa zyskały jednak dopiero krótko przed II wojną światową
Jednym z narzędzi wykorzystanych na potrzeby poszukiwań był podwodny aparat umieszczony w głębinach Loch Ness w formie fotopułapki. Pozostawiony w takim środowisku przez 55 lat, niedawno został odzyskany. I to zupełnie przypadkowo, a to i tak nie jest najbardziej niesamowitą częścią całej historii. Jakież musiało być zdziwienie znalazców, gdy zdali sobie sprawę, że spoczywający na głębokości około 180 metrów obiekt przetrwał w niemal nienaruszonym stanie?
Czytaj też: Na Islandii obudził się wulkan. Lawa przebiła się przez barierę ochronną
Obudowa ochroniła wnętrze urządzenia przed zalaniem, dlatego naukowcom pozostawało wywołanie zdjęć. Niestety, trudno uwiecznić, co dokładnie znajduje się na kliszach. Nie widać tam nic, co mogłoby przypominać Potwora z Loch Ness. W zasadzie nie da się rozpoznać żadnych konkretnych kształtów. Oczywiście poza najbardziej oczywistym wyjaśnieniem, czyli takim, że Nessie nie istnieje i nigdy nie istniał, należy też brać pod uwagę bardzo niską widoczność. Szczególnie, że aparat spoczywał na pułapie niemal dwustu metrów. Bez względu na dalszy rozwój sytuacji, nie wydaje się, by w najbliższych latach zagadka legendarnej bestii miała zostać rozwiązana. A już na pewno nie uwierzą w to najzagorzalsi fani tej niezwykłej historii.